~*~
Czas teraźniejszy.
-Harry, czy my jesteśmy
nieśmiertelni?- zapytał niższy chłopak wpatrzonego we wschodzące słońce
przyjaciela.
-Nie.- odparł, po czym
dodał- Jesteśmy czymś ponad to, wznosimy się i upadamy, żyjemy i umieramy, ale
nigdy nie możemy powiedzieć, że się skończyliśmy, że odeszliśmy. W swoich
sercach i w sercach najbliższych będziemy żyć wiecznie, ale przyjdzie czas, że
i oni zapomną. Stopniowo będą tracić twój obraz w swojej głowie aż będziesz
tylko wspomnieniem, szarym i wyblakłym obrazem. Jednak, kiedy i oni odejdą
możecie się spotkać po drugiej stronie, a tam wszyscy będziemy nieśmiertelni.
Zielonooki spojrzał smutnym
wzrokiem na szatyna, jego oczy zaszkliły się lekko. Delikatny wietrzyk mierzwił
ich włosy, a czerwone od chłodnego powietrza usta były coraz bliżej siebie.
-To ja chcę umrzeć razem z
tobą. Chcę żebyśmy razem byli nieśmiertelni.- oczy niższego zaszkliły się,
złapał oba policzki Harry’ego.- Kocham cię Harry.
-Ja ciebie też kocham
Louis.- złączyli usta w czułym pocałunku, ich policzki zalewały łzy, a
wschodzące słońce oświetlało ich zmarznięte twarze.- Musimy iść, zaraz nas znajdą
-Ja nie chcę.- Louis wtulił
się w Harry’ego, a ten objął go najmocniej jak tylko umiał.
-Ja też tego nie chcę.
Obiecuję ci, że zrobię wszystko, żeby nas z tego wyplątać.
-Chyba jedynym rozwiązaniem
byłaby śmierć.- szepnął w klatkę piersiową wyższego.
-Jeśli będzie trzeba…
~*~
Rok wcześniej.
Znowu wrócił do domu z
płaczem i znowu z podbitym okiem, i krwawiącą wargą. Jay nie wiedziała, co może
z tym zrobić, bała się, że jeśli pójdzie do dyrektorki to wkrótce będzie czytać
akt zgonu jedynego syna zamiast porannej gazety. To wszystko przez tych
rozpieszczonych dupków, które mają wszystko, czego tylko dusza zapragnie. Louis
w niczym nie zawinił. Wszystko to jej wina, że nie potrafi zapewnić synowi
dostatniego życia, ale z drugiej strony ma jeszcze dwie córki i wszystkich musi
traktować tak samo.
Louis już nawet nie
zatrzymuje się, by wyjaśnić, co się tak dokładnie stało i kieruje się prosto do
swojego pokoju. Zawsze wykonuje te same czynności, rzuca plecak w kąt i spada
na łóżko cichutko łkając. Nie tym razem. Usiadł przy biurku i wyciągnął czystą
kartkę oraz długopis. Zaczął pisać list, ale nie taki zwykły, tylko pożegnalny.
Napisał w nim, jak bardzo
kocha swoją mamę i siostry oraz, jak bardzo mu przykro, że odchodzi, ale bez
niego będzie im lepiej. Mniej wydatków, mniej kłopotów, mniej powodów do łez.
Złożył starannie kartkę i ruszył do wyjścia. Matki nie było już w domu, a
dziewczynki były u dziadków. Nic mu nie przeszkadzało.
Skierował się do starej
chaty w lesie, gdzie nikt go nie znajdzie. Było tam wszystko, czego
potrzebował. Lina, chociaż stara, wciąż dobra. Przymocował ją do wystającej z
wysokiego sufitu belki. Znalazł stare krzesło i wspiął się na nie. Wcześniej
zrobił pętlę na sznurze i z bólem serca, ale jednocześnie z ulgą przymierzył
się do niego. Wiedział, że nikt mu nie przeszkodzi. Gorące i słone łzy spływały
po jego policzkach, jak wodospady. Wspominał całe swoje życie, dobre i złe
chwile. Uśmiech mamy, śmiech jego sióstr, obiady u dziadków, ale też to, jak
obrywał za bycie tym gorszym.
Sznur był już na jego szyi,
wystarczyło tylko zrobić jeden mały krok w przód. Był to moment, w którym miał
się wznieść i jednocześnie upaść. Przełknął gulę w gardle i zrobił to.
Ostatnim, co usłyszał, był rozpaczliwy krzyk jakiegoś chłopaka.
Harry był przerażony tym, co
widział. Młody chłopak próbujący popełnić samobójstwo. Ale przecież miał przed
sobą całe życie, nie mógł tak po prostu się powiesić. Kiedy zrobił ten
minimalny krok, krzyk automatycznie wyrwał się z jego gardła, a nogi same
poniosły go w kierunku nieznajomego samobójcy.
Zdążył odciąć linę i
zadzwonił na pogotowie. Szatyn na całe szczęście oddychał, słabo, ale zawsze to
coś. Dostrzegł, że jego twarz nadal jest wilgotna od łez, a na szyi odznacza
się czerwony ślad po linie. Boże, ile ten chłopak miał szczęścia, że Harry go
znalazł na czas. Pogotowie przyjechało dziesięć minut później i wypytywali
zielonookiego o wszystko, ale ten nic nie wiedział. Był tylko przypadkowym
przechodniem, który uratował niedoszłego samobójcę. Dowiedział się od razu, do
jakiego szpitala go zabierają i przysiągł sobie, że jutro go odwiedzi.
Louis obudził się, a jakieś
ustrojstwo nieznośnie pikało nad jego głową. Zauważył też, że ma przyłączone
jakieś rurki do ręki. Był wykończony i zawiedziony.
Nawet tego nie potrafisz dobrze zrobić.
Odwrócił głowę, a po jego
skroni potoczyła się pojedyncza łza. Nie teraz, nie mógł się rozpłakać. Był
zmęczony i niemiłosiernie piekła go szyja, pragnął znowu zasnąć. Jednak sen nie
przychodził, a on nie miał ochoty rozmawiać z mamą, nie po tym, co próbował
zrobić, ale mu się nie udało. Słyszał, jak wchodzi do jego Sali i siada na
plastikowym krześle przy jego łóżku, słyszał, jak płacze. Bał się otworzyć
oczy, ponieważ przerażała go myśl o tym, jak zareaguje.
Zebrał w sobie całą odwagę,
jaką posiadał i otworzył oczy. Oślepiła go białość pomieszczenia, w którym się
znajdował. Poprzednim razem, kiedy się obudził było ciemno, więc teraz
rozbolała go głowa od nadmiaru jasności.
-Louis… Obudziłeś się,
kochanie.- kobieta rzuciła się na swojego syna.
-Mamo, ja… Przepraszam.-
poczuł się winny wszystkich jej smutkom i żalom, pragnął jej szczęścia, a jego
śmierć to właśnie miała przynieść kobiecie.
-Nie przepraszaj, to moja
wina. Jestem złą matką.- zaszlochała.
-Jesteś najlepszą mamą, jaką
znam. Kocham cię mamo.- ścisnął lekko jej dłoń.
-Też cię kocham Louis, nawet
nie wiesz, jak bardzo.- Jay przytuliła swojego jedynego syna z całą miłością,
jaką tylko w sobie posiadała.
Tego samego dnia do sali
niebieskookiego przyszedł nieznajomy chłopak. Miał malinowe usta, zielone oczy
i potargane loki, wyglądał cudownie, ale był jeden problem, on go nie znał.
-Umm, jestem Harry.- zaczął
nieśmiało chłopak o szmaragdowych oczach.
-Czy… Czy ja cię znam?-
zapytał Louis.
-Tak jakby uratowałem ci
życie.- powiedział cicho Harry, a szatyn na moment przestał oddychać. A więc to
on go uratował od zguby, właśnie jemu zawdzięcza wyznanie matki.- Chciałem
tylko wiedzieć, czy wszystko z tobą w porządku?
-Chyba tak, dzięki.-
odpowiedział niepewnie.- Louis.
-Co?
-Tak mam na imię, Louis.-
uśmiechnął się lekko w stronę nowo poznanego chłopaka, a ten odpowiedział tym
samym. Harry niepewnie zajął miejsce na stołku obok szpitalnego łóżka chłopaka.
-Przepraszam, jeśli będę
bezpośredni, albo będę się narzucać, ale chciałbym wiedzieć, dlaczego chciałeś
się zabić?
Tomlinson na moment
spochmurniał. Dlaczego miałby opowiedzieć zupełnie obcemu człowiekowi swoją
historię? Jednak doszedł do wniosku, że musi to z siebie w końcu wyrzucić.
-Cóż, jakby to powiedzieć.
Nie pochodzę z bogatej rodziny, moja mama wychowuje mnie i moje dwie siostry
sama, przez co nam się nie przelewa. Kilka osób z mojej szkoły się na mnie
uwzięło i uprzykrzają mi życie już trzeci rok. Nie wytrzymałem i sam wiesz, co
chciałem zrobić.- popatrzył niepewnie w oczy Harry’ego i nie zobaczył w nich
odrazy, jak się spodziewał, a wręcz przeciwnie, zobaczył w nich smutek i
współczucie.- Jesteś moim Aniołem Stróżem, więc teraz będziesz skazany tylko na
mnie.
Obaj uśmiechnęli się i
spojrzeli w swoje oczy.
-Będę szczęśliwy, jeśli mi
na to pozwolisz.
-Nie masz wyjścia, to nasze
przeznaczenie.
Roześmiali się, a ich
śmiechy razem brzmiały, jak cudowna melodia, która sprawiała, że chcieli żyć.
Nawet Louis w jego obecności czuł się bezpiecznej, zaufał mu, człowiekowi,
który uratował go od popełnienia najgorszego błędu w całym swoim życiu. Od
teraz on będzie za nie odpowiedzialny.
~*~
Trzy miesiące wcześniej.
-Proszę Harry ucieknijmy, ja
już dłużej nie mogę.- załkał Louis w tors wyższego chłopaka.- Oni mnie
wykończą.
-Cii.- pogładził delikatnie
włosy niższego chłopaka.- Uciekniemy.
-Obiecujesz?
-Obiecuję.- pocałował
delikatnie jego czoło.- Bądź gotów jutro, w nocy uciekniemy.
Jak obiecał tak się stało.
Następnej nocy uciekli razem.
~*~
Dwa miesiące temu.
Poszukiwania trwają. Nikt
nie widział Louisa i Harry’ego od miesiąca. Jay jest przerażona, a pani Styles
pociesza ją, jak tylko może, bo jej też jest ciężko.
Obaj uciekli z dala od
cywilizacji. Zaszyli się w małej opuszczonej chatce przy morzu. Nikt tędy nie
przechodzi, więc są wolni. Mogą być sobą. Harry dba o Louisa, jak tylko może, a
Louis dba o Harry’ego i to jest najlepszy układ. Styles opowiedział mu wszystko
o sobie. Mówił, jak jego ojciec alkoholik bił jego i mamę, jak pomimo przeciwności
losu nie poddawał się oraz to, że cieszy się, iż uciekł z domu.
~*~
Czas teraźniejszy.
Siedząc na klifie wtuleni w
siebie modlili się, by nikt ich nie znalazł. Wiedzieli jednak, że już za późno
i za jakieś dziesięć minut ich mały świat, który zbudowali sobie przez te
miesiące legnie w gruzach.
Wyznawali sobie miłość i
obiecywali, że jak razem wzlecieli, tak razem upadną i nic im w tym nie
przeszkodzi.
-Harry proszę cię nie
puszczaj mojej dłoni.- wyszeptał Louis prosto do ucha chłopaka.
-Nie puszczę Lou.- na dowód
ścisnął go mocniej.- Nie pozwolę im ciebie mi odebrać, nigdy.- powiedział z
czułością, do jakiej Louis nie był przyzwyczajony.
-A ja nie pozwolę, żeby mi
odebrali ciebie.- cmoknął lekko jego policzek i najmocniej, jak tylko potrafił
wtulił się w tors zielonookiego.
- James widzę ich!-
usłyszeli, jak jakiś mężczyzna woła z oddali. Nie przejęli się tym, bo mieli
już plan na swoją nieśmiertelność i szczęście.
-Jesteś tego pewien?-
zapytał kolejny raz Harry. Bał się, czy nie popełnią ogromnego błędu.
-Jestem, ale czy ty jesteś?-
Lou spojrzał smutnym, ale zarazem szczęśliwym głosem na swoją miłość.
-Jeśli ty jesteś, to ja
również. Kocham cię i pójdę za tobą nawet w ogień.- odparł najpoważniej, jak
tylko umiał. Przycisnął swoje czoło do tego Louisa.
-Pójdziemy może nie w ogień,
ale w przepaść bez powrotu.- ich oczy spotkały się po raz kolejny tego dnia.
-Są na klifie!- znowu ktoś
zawołał.- James szybciej!
-Uważajcie na nich!- inny
głos tym razem była to kobieta. Louis rozpoznał swoją mamę.
-Mamo!- krzyknął.
-Louis! Skarbie!- on był na
końcu klifu, a Jay po drugiej stronie.
Byli coraz bliżej krawędzi
przepaści w ciemne i groźne morze.
-Kocham cię mamo!- krzyknął,
a pojedyncza łza spłynęła w dół jego twarzy.
-Ja ciebie też kocham!-
płacz kobiety był tak rozpaczliwy, że nawet Harry zawahał się przez moment.
-Jesteś gotów?- zapytał
Harry’ego, kiedy przeniósł wzrok na jego twarz.
-Tak, niech to się wreszcie
skończy.- odparł bez zawahania.
-Przepraszam, mamo.-
powiedział szeptem i obaj odwrócili się w stronę otwartego morza. Zrobili mały
krok trzymając się za ręce.
-Louis, Harry! Nie! Stójcie,
nie możecie!- Jay krzyczała tak głośno, jak tylko mogła, ale zagłuszały ją fale
rozbijające się o ostre skały.
Zrobili kolejny krok.
W ich kierunku biegli policjanci,
ale byli zbyt daleko, żeby zdążyć na czas.
Kolejny krok bliżej
nieśmiertelności.
-Kocham cię Louis.- szepnął
zielonooki, a jego wyznanie zabrał ze sobą wiatr.
-Kocham cię Harry.-
odszepnął szatyn i w tym momencie złożyli na swoich ustach ostatni pocałunek.
Pozostał jeszcze jeden,
jedyny, ostatni, malutki krok.
Ścisnęli mocniej swoje
dłonie i razem spadli w dół. Stali się nieśmiertelni.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz