sobota, 5 grudnia 2015

We Can Fly And Fall

~*~
Czas teraźniejszy.
-Harry, czy my jesteśmy nieśmiertelni?- zapytał niższy chłopak wpatrzonego we wschodzące słońce przyjaciela.
-Nie.- odparł, po czym dodał- Jesteśmy czymś ponad to, wznosimy się i upadamy, żyjemy i umieramy, ale nigdy nie możemy powiedzieć, że się skończyliśmy, że odeszliśmy. W swoich sercach i w sercach najbliższych będziemy żyć wiecznie, ale przyjdzie czas, że i oni zapomną. Stopniowo będą tracić twój obraz w swojej głowie aż będziesz tylko wspomnieniem, szarym i wyblakłym obrazem. Jednak, kiedy i oni odejdą możecie się spotkać po drugiej stronie, a tam wszyscy będziemy nieśmiertelni.
Zielonooki spojrzał smutnym wzrokiem na szatyna, jego oczy zaszkliły się lekko. Delikatny wietrzyk mierzwił ich włosy, a czerwone od chłodnego powietrza usta były coraz bliżej siebie.
-To ja chcę umrzeć razem z tobą. Chcę żebyśmy razem byli nieśmiertelni.- oczy niższego zaszkliły się, złapał oba policzki Harry’ego.- Kocham cię Harry.
-Ja ciebie też kocham Louis.- złączyli usta w czułym pocałunku, ich policzki zalewały łzy, a wschodzące słońce oświetlało ich zmarznięte twarze.- Musimy iść, zaraz nas znajdą
-Ja nie chcę.- Louis wtulił się w Harry’ego, a ten objął go najmocniej jak tylko umiał.
-Ja też tego nie chcę. Obiecuję ci, że zrobię wszystko, żeby nas z tego wyplątać.
-Chyba jedynym rozwiązaniem byłaby śmierć.- szepnął w klatkę piersiową wyższego.
-Jeśli będzie trzeba…
~*~
Rok wcześniej.
Znowu wrócił do domu z płaczem i znowu z podbitym okiem, i krwawiącą wargą. Jay nie wiedziała, co może z tym zrobić, bała się, że jeśli pójdzie do dyrektorki to wkrótce będzie czytać akt zgonu jedynego syna zamiast porannej gazety. To wszystko przez tych rozpieszczonych dupków, które mają wszystko, czego tylko dusza zapragnie. Louis w niczym nie zawinił. Wszystko to jej wina, że nie potrafi zapewnić synowi dostatniego życia, ale z drugiej strony ma jeszcze dwie córki i wszystkich musi traktować tak samo.
Louis już nawet nie zatrzymuje się, by wyjaśnić, co się tak dokładnie stało i kieruje się prosto do swojego pokoju. Zawsze wykonuje te same czynności, rzuca plecak w kąt i spada na łóżko cichutko łkając. Nie tym razem. Usiadł przy biurku i wyciągnął czystą kartkę oraz długopis. Zaczął pisać list, ale nie taki zwykły, tylko pożegnalny.
Napisał w nim, jak bardzo kocha swoją mamę i siostry oraz, jak bardzo mu przykro, że odchodzi, ale bez niego będzie im lepiej. Mniej wydatków, mniej kłopotów, mniej powodów do łez. Złożył starannie kartkę i ruszył do wyjścia. Matki nie było już w domu, a dziewczynki były u dziadków. Nic mu nie przeszkadzało.
Skierował się do starej chaty w lesie, gdzie nikt go nie znajdzie. Było tam wszystko, czego potrzebował. Lina, chociaż stara, wciąż dobra. Przymocował ją do wystającej z wysokiego sufitu belki. Znalazł stare krzesło i wspiął się na nie. Wcześniej zrobił pętlę na sznurze i z bólem serca, ale jednocześnie z ulgą przymierzył się do niego. Wiedział, że nikt mu nie przeszkodzi. Gorące i słone łzy spływały po jego policzkach, jak wodospady. Wspominał całe swoje życie, dobre i złe chwile. Uśmiech mamy, śmiech jego sióstr, obiady u dziadków, ale też to, jak obrywał za bycie tym gorszym.
Sznur był już na jego szyi, wystarczyło tylko zrobić jeden mały krok w przód. Był to moment, w którym miał się wznieść i jednocześnie upaść. Przełknął gulę w gardle i zrobił to. Ostatnim, co usłyszał, był rozpaczliwy krzyk jakiegoś chłopaka.
Harry był przerażony tym, co widział. Młody chłopak próbujący popełnić samobójstwo. Ale przecież miał przed sobą całe życie, nie mógł tak po prostu się powiesić. Kiedy zrobił ten minimalny krok, krzyk automatycznie wyrwał się z jego gardła, a nogi same poniosły go w kierunku nieznajomego samobójcy.
Zdążył odciąć linę i zadzwonił na pogotowie. Szatyn na całe szczęście oddychał, słabo, ale zawsze to coś. Dostrzegł, że jego twarz nadal jest wilgotna od łez, a na szyi odznacza się czerwony ślad po linie. Boże, ile ten chłopak miał szczęścia, że Harry go znalazł na czas. Pogotowie przyjechało dziesięć minut później i wypytywali zielonookiego o wszystko, ale ten nic nie wiedział. Był tylko przypadkowym przechodniem, który uratował niedoszłego samobójcę. Dowiedział się od razu, do jakiego szpitala go zabierają i przysiągł sobie, że jutro go odwiedzi.
Louis obudził się, a jakieś ustrojstwo nieznośnie pikało nad jego głową. Zauważył też, że ma przyłączone jakieś rurki do ręki. Był wykończony i zawiedziony.
Nawet tego nie potrafisz dobrze zrobić.
Odwrócił głowę, a po jego skroni potoczyła się pojedyncza łza. Nie teraz, nie mógł się rozpłakać. Był zmęczony i niemiłosiernie piekła go szyja, pragnął znowu zasnąć. Jednak sen nie przychodził, a on nie miał ochoty rozmawiać z mamą, nie po tym, co próbował zrobić, ale mu się nie udało. Słyszał, jak wchodzi do jego Sali i siada na plastikowym krześle przy jego łóżku, słyszał, jak płacze. Bał się otworzyć oczy, ponieważ przerażała go myśl o tym, jak zareaguje.
Zebrał w sobie całą odwagę, jaką posiadał i otworzył oczy. Oślepiła go białość pomieszczenia, w którym się znajdował. Poprzednim razem, kiedy się obudził było ciemno, więc teraz rozbolała go głowa od nadmiaru jasności.
-Louis… Obudziłeś się, kochanie.- kobieta rzuciła się na swojego syna.
-Mamo, ja… Przepraszam.- poczuł się winny wszystkich jej smutkom i żalom, pragnął jej szczęścia, a jego śmierć to właśnie miała przynieść kobiecie.
-Nie przepraszaj, to moja wina. Jestem złą matką.- zaszlochała.
-Jesteś najlepszą mamą, jaką znam. Kocham cię mamo.- ścisnął lekko jej dłoń.
-Też cię kocham Louis, nawet nie wiesz, jak bardzo.- Jay przytuliła swojego jedynego syna z całą miłością, jaką tylko w sobie posiadała.
Tego samego dnia do sali niebieskookiego przyszedł nieznajomy chłopak. Miał malinowe usta, zielone oczy i potargane loki, wyglądał cudownie, ale był jeden problem, on go nie znał.
-Umm, jestem Harry.- zaczął nieśmiało chłopak o szmaragdowych oczach.
-Czy… Czy ja cię znam?- zapytał Louis.
-Tak jakby uratowałem ci życie.- powiedział cicho Harry, a szatyn na moment przestał oddychać. A więc to on go uratował od zguby, właśnie jemu zawdzięcza wyznanie matki.- Chciałem tylko wiedzieć, czy wszystko z tobą w porządku?
-Chyba tak, dzięki.- odpowiedział niepewnie.- Louis.
-Co?
-Tak mam na imię, Louis.- uśmiechnął się lekko w stronę nowo poznanego chłopaka, a ten odpowiedział tym samym. Harry niepewnie zajął miejsce na stołku obok szpitalnego łóżka chłopaka.
-Przepraszam, jeśli będę bezpośredni, albo będę się narzucać, ale chciałbym wiedzieć, dlaczego chciałeś się zabić?
Tomlinson na moment spochmurniał. Dlaczego miałby opowiedzieć zupełnie obcemu człowiekowi swoją historię? Jednak doszedł do wniosku, że musi to z siebie w końcu wyrzucić.
-Cóż, jakby to powiedzieć. Nie pochodzę z bogatej rodziny, moja mama wychowuje mnie i moje dwie siostry sama, przez co nam się nie przelewa. Kilka osób z mojej szkoły się na mnie uwzięło i uprzykrzają mi życie już trzeci rok. Nie wytrzymałem i sam wiesz, co chciałem zrobić.- popatrzył niepewnie w oczy Harry’ego i nie zobaczył w nich odrazy, jak się spodziewał, a wręcz przeciwnie, zobaczył w nich smutek i współczucie.- Jesteś moim Aniołem Stróżem, więc teraz będziesz skazany tylko na mnie.
Obaj uśmiechnęli się i spojrzeli w swoje oczy.
-Będę szczęśliwy, jeśli mi na to pozwolisz.
-Nie masz wyjścia, to nasze przeznaczenie.
Roześmiali się, a ich śmiechy razem brzmiały, jak cudowna melodia, która sprawiała, że chcieli żyć. Nawet Louis w jego obecności czuł się bezpiecznej, zaufał mu, człowiekowi, który uratował go od popełnienia najgorszego błędu w całym swoim życiu. Od teraz on będzie za nie odpowiedzialny.
~*~
Trzy miesiące wcześniej.
-Proszę Harry ucieknijmy, ja już dłużej nie mogę.- załkał Louis w tors wyższego chłopaka.- Oni mnie wykończą.
-Cii.- pogładził delikatnie włosy niższego chłopaka.- Uciekniemy.
-Obiecujesz?
-Obiecuję.- pocałował delikatnie jego czoło.- Bądź gotów jutro, w nocy uciekniemy.
Jak obiecał tak się stało. Następnej nocy uciekli razem.
~*~
Dwa miesiące temu.
Poszukiwania trwają. Nikt nie widział Louisa i Harry’ego od miesiąca. Jay jest przerażona, a pani Styles pociesza ją, jak tylko może, bo jej też jest ciężko.
Obaj uciekli z dala od cywilizacji. Zaszyli się w małej opuszczonej chatce przy morzu. Nikt tędy nie przechodzi, więc są wolni. Mogą być sobą. Harry dba o Louisa, jak tylko może, a Louis dba o Harry’ego i to jest najlepszy układ. Styles opowiedział mu wszystko o sobie. Mówił, jak jego ojciec alkoholik bił jego i mamę, jak pomimo przeciwności losu nie poddawał się oraz to, że cieszy się, iż uciekł z domu.
~*~
Czas teraźniejszy.
Siedząc na klifie wtuleni w siebie modlili się, by nikt ich nie znalazł. Wiedzieli jednak, że już za późno i za jakieś dziesięć minut ich mały świat, który zbudowali sobie przez te miesiące legnie w gruzach.
Wyznawali sobie miłość i obiecywali, że jak razem wzlecieli, tak razem upadną i nic im w tym nie przeszkodzi.
-Harry proszę cię nie puszczaj mojej dłoni.- wyszeptał Louis prosto do ucha chłopaka.
-Nie puszczę Lou.- na dowód ścisnął go mocniej.- Nie pozwolę im ciebie mi odebrać, nigdy.- powiedział z czułością, do jakiej Louis nie był przyzwyczajony.
-A ja nie pozwolę, żeby mi odebrali ciebie.- cmoknął lekko jego policzek i najmocniej, jak tylko potrafił wtulił się w tors zielonookiego.
- James widzę ich!- usłyszeli, jak jakiś mężczyzna woła z oddali. Nie przejęli się tym, bo mieli już plan na swoją nieśmiertelność i szczęście.
-Jesteś tego pewien?- zapytał kolejny raz Harry. Bał się, czy nie popełnią ogromnego błędu.
-Jestem, ale czy ty jesteś?- Lou spojrzał smutnym, ale zarazem szczęśliwym głosem na swoją miłość.
-Jeśli ty jesteś, to ja również. Kocham cię i pójdę za tobą nawet w ogień.- odparł najpoważniej, jak tylko umiał. Przycisnął swoje czoło do tego Louisa.
-Pójdziemy może nie w ogień, ale w przepaść bez powrotu.- ich oczy spotkały się po raz kolejny tego dnia.
-Są na klifie!- znowu ktoś zawołał.- James szybciej!
-Uważajcie na nich!- inny głos tym razem była to kobieta. Louis rozpoznał swoją mamę.
-Mamo!- krzyknął.
-Louis! Skarbie!- on był na końcu klifu, a Jay po drugiej stronie.
Byli coraz bliżej krawędzi przepaści w ciemne i groźne morze.
-Kocham cię mamo!- krzyknął, a pojedyncza łza spłynęła w dół jego twarzy.
-Ja ciebie też kocham!- płacz kobiety był tak rozpaczliwy, że nawet Harry zawahał się przez moment.
-Jesteś gotów?- zapytał Harry’ego, kiedy przeniósł wzrok na jego twarz.
-Tak, niech to się wreszcie skończy.- odparł bez zawahania.
-Przepraszam, mamo.- powiedział szeptem i obaj odwrócili się w stronę otwartego morza. Zrobili mały krok trzymając się za ręce.
-Louis, Harry! Nie! Stójcie, nie możecie!- Jay krzyczała tak głośno, jak tylko mogła, ale zagłuszały ją fale rozbijające się o ostre skały.
Zrobili kolejny krok.
W ich kierunku biegli policjanci, ale byli zbyt daleko, żeby zdążyć na czas.
Kolejny krok bliżej nieśmiertelności.
-Kocham cię Louis.- szepnął zielonooki, a jego wyznanie zabrał ze sobą wiatr.
-Kocham cię Harry.- odszepnął szatyn i w tym momencie złożyli na swoich ustach ostatni pocałunek.
Pozostał jeszcze jeden, jedyny, ostatni, malutki krok.
Ścisnęli mocniej swoje dłonie i razem spadli w dół. Stali się nieśmiertelni.