sobota, 5 grudnia 2015

We Can Fly And Fall

~*~
Czas teraźniejszy.
-Harry, czy my jesteśmy nieśmiertelni?- zapytał niższy chłopak wpatrzonego we wschodzące słońce przyjaciela.
-Nie.- odparł, po czym dodał- Jesteśmy czymś ponad to, wznosimy się i upadamy, żyjemy i umieramy, ale nigdy nie możemy powiedzieć, że się skończyliśmy, że odeszliśmy. W swoich sercach i w sercach najbliższych będziemy żyć wiecznie, ale przyjdzie czas, że i oni zapomną. Stopniowo będą tracić twój obraz w swojej głowie aż będziesz tylko wspomnieniem, szarym i wyblakłym obrazem. Jednak, kiedy i oni odejdą możecie się spotkać po drugiej stronie, a tam wszyscy będziemy nieśmiertelni.
Zielonooki spojrzał smutnym wzrokiem na szatyna, jego oczy zaszkliły się lekko. Delikatny wietrzyk mierzwił ich włosy, a czerwone od chłodnego powietrza usta były coraz bliżej siebie.
-To ja chcę umrzeć razem z tobą. Chcę żebyśmy razem byli nieśmiertelni.- oczy niższego zaszkliły się, złapał oba policzki Harry’ego.- Kocham cię Harry.
-Ja ciebie też kocham Louis.- złączyli usta w czułym pocałunku, ich policzki zalewały łzy, a wschodzące słońce oświetlało ich zmarznięte twarze.- Musimy iść, zaraz nas znajdą
-Ja nie chcę.- Louis wtulił się w Harry’ego, a ten objął go najmocniej jak tylko umiał.
-Ja też tego nie chcę. Obiecuję ci, że zrobię wszystko, żeby nas z tego wyplątać.
-Chyba jedynym rozwiązaniem byłaby śmierć.- szepnął w klatkę piersiową wyższego.
-Jeśli będzie trzeba…
~*~
Rok wcześniej.
Znowu wrócił do domu z płaczem i znowu z podbitym okiem, i krwawiącą wargą. Jay nie wiedziała, co może z tym zrobić, bała się, że jeśli pójdzie do dyrektorki to wkrótce będzie czytać akt zgonu jedynego syna zamiast porannej gazety. To wszystko przez tych rozpieszczonych dupków, które mają wszystko, czego tylko dusza zapragnie. Louis w niczym nie zawinił. Wszystko to jej wina, że nie potrafi zapewnić synowi dostatniego życia, ale z drugiej strony ma jeszcze dwie córki i wszystkich musi traktować tak samo.
Louis już nawet nie zatrzymuje się, by wyjaśnić, co się tak dokładnie stało i kieruje się prosto do swojego pokoju. Zawsze wykonuje te same czynności, rzuca plecak w kąt i spada na łóżko cichutko łkając. Nie tym razem. Usiadł przy biurku i wyciągnął czystą kartkę oraz długopis. Zaczął pisać list, ale nie taki zwykły, tylko pożegnalny.
Napisał w nim, jak bardzo kocha swoją mamę i siostry oraz, jak bardzo mu przykro, że odchodzi, ale bez niego będzie im lepiej. Mniej wydatków, mniej kłopotów, mniej powodów do łez. Złożył starannie kartkę i ruszył do wyjścia. Matki nie było już w domu, a dziewczynki były u dziadków. Nic mu nie przeszkadzało.
Skierował się do starej chaty w lesie, gdzie nikt go nie znajdzie. Było tam wszystko, czego potrzebował. Lina, chociaż stara, wciąż dobra. Przymocował ją do wystającej z wysokiego sufitu belki. Znalazł stare krzesło i wspiął się na nie. Wcześniej zrobił pętlę na sznurze i z bólem serca, ale jednocześnie z ulgą przymierzył się do niego. Wiedział, że nikt mu nie przeszkodzi. Gorące i słone łzy spływały po jego policzkach, jak wodospady. Wspominał całe swoje życie, dobre i złe chwile. Uśmiech mamy, śmiech jego sióstr, obiady u dziadków, ale też to, jak obrywał za bycie tym gorszym.
Sznur był już na jego szyi, wystarczyło tylko zrobić jeden mały krok w przód. Był to moment, w którym miał się wznieść i jednocześnie upaść. Przełknął gulę w gardle i zrobił to. Ostatnim, co usłyszał, był rozpaczliwy krzyk jakiegoś chłopaka.
Harry był przerażony tym, co widział. Młody chłopak próbujący popełnić samobójstwo. Ale przecież miał przed sobą całe życie, nie mógł tak po prostu się powiesić. Kiedy zrobił ten minimalny krok, krzyk automatycznie wyrwał się z jego gardła, a nogi same poniosły go w kierunku nieznajomego samobójcy.
Zdążył odciąć linę i zadzwonił na pogotowie. Szatyn na całe szczęście oddychał, słabo, ale zawsze to coś. Dostrzegł, że jego twarz nadal jest wilgotna od łez, a na szyi odznacza się czerwony ślad po linie. Boże, ile ten chłopak miał szczęścia, że Harry go znalazł na czas. Pogotowie przyjechało dziesięć minut później i wypytywali zielonookiego o wszystko, ale ten nic nie wiedział. Był tylko przypadkowym przechodniem, który uratował niedoszłego samobójcę. Dowiedział się od razu, do jakiego szpitala go zabierają i przysiągł sobie, że jutro go odwiedzi.
Louis obudził się, a jakieś ustrojstwo nieznośnie pikało nad jego głową. Zauważył też, że ma przyłączone jakieś rurki do ręki. Był wykończony i zawiedziony.
Nawet tego nie potrafisz dobrze zrobić.
Odwrócił głowę, a po jego skroni potoczyła się pojedyncza łza. Nie teraz, nie mógł się rozpłakać. Był zmęczony i niemiłosiernie piekła go szyja, pragnął znowu zasnąć. Jednak sen nie przychodził, a on nie miał ochoty rozmawiać z mamą, nie po tym, co próbował zrobić, ale mu się nie udało. Słyszał, jak wchodzi do jego Sali i siada na plastikowym krześle przy jego łóżku, słyszał, jak płacze. Bał się otworzyć oczy, ponieważ przerażała go myśl o tym, jak zareaguje.
Zebrał w sobie całą odwagę, jaką posiadał i otworzył oczy. Oślepiła go białość pomieszczenia, w którym się znajdował. Poprzednim razem, kiedy się obudził było ciemno, więc teraz rozbolała go głowa od nadmiaru jasności.
-Louis… Obudziłeś się, kochanie.- kobieta rzuciła się na swojego syna.
-Mamo, ja… Przepraszam.- poczuł się winny wszystkich jej smutkom i żalom, pragnął jej szczęścia, a jego śmierć to właśnie miała przynieść kobiecie.
-Nie przepraszaj, to moja wina. Jestem złą matką.- zaszlochała.
-Jesteś najlepszą mamą, jaką znam. Kocham cię mamo.- ścisnął lekko jej dłoń.
-Też cię kocham Louis, nawet nie wiesz, jak bardzo.- Jay przytuliła swojego jedynego syna z całą miłością, jaką tylko w sobie posiadała.
Tego samego dnia do sali niebieskookiego przyszedł nieznajomy chłopak. Miał malinowe usta, zielone oczy i potargane loki, wyglądał cudownie, ale był jeden problem, on go nie znał.
-Umm, jestem Harry.- zaczął nieśmiało chłopak o szmaragdowych oczach.
-Czy… Czy ja cię znam?- zapytał Louis.
-Tak jakby uratowałem ci życie.- powiedział cicho Harry, a szatyn na moment przestał oddychać. A więc to on go uratował od zguby, właśnie jemu zawdzięcza wyznanie matki.- Chciałem tylko wiedzieć, czy wszystko z tobą w porządku?
-Chyba tak, dzięki.- odpowiedział niepewnie.- Louis.
-Co?
-Tak mam na imię, Louis.- uśmiechnął się lekko w stronę nowo poznanego chłopaka, a ten odpowiedział tym samym. Harry niepewnie zajął miejsce na stołku obok szpitalnego łóżka chłopaka.
-Przepraszam, jeśli będę bezpośredni, albo będę się narzucać, ale chciałbym wiedzieć, dlaczego chciałeś się zabić?
Tomlinson na moment spochmurniał. Dlaczego miałby opowiedzieć zupełnie obcemu człowiekowi swoją historię? Jednak doszedł do wniosku, że musi to z siebie w końcu wyrzucić.
-Cóż, jakby to powiedzieć. Nie pochodzę z bogatej rodziny, moja mama wychowuje mnie i moje dwie siostry sama, przez co nam się nie przelewa. Kilka osób z mojej szkoły się na mnie uwzięło i uprzykrzają mi życie już trzeci rok. Nie wytrzymałem i sam wiesz, co chciałem zrobić.- popatrzył niepewnie w oczy Harry’ego i nie zobaczył w nich odrazy, jak się spodziewał, a wręcz przeciwnie, zobaczył w nich smutek i współczucie.- Jesteś moim Aniołem Stróżem, więc teraz będziesz skazany tylko na mnie.
Obaj uśmiechnęli się i spojrzeli w swoje oczy.
-Będę szczęśliwy, jeśli mi na to pozwolisz.
-Nie masz wyjścia, to nasze przeznaczenie.
Roześmiali się, a ich śmiechy razem brzmiały, jak cudowna melodia, która sprawiała, że chcieli żyć. Nawet Louis w jego obecności czuł się bezpiecznej, zaufał mu, człowiekowi, który uratował go od popełnienia najgorszego błędu w całym swoim życiu. Od teraz on będzie za nie odpowiedzialny.
~*~
Trzy miesiące wcześniej.
-Proszę Harry ucieknijmy, ja już dłużej nie mogę.- załkał Louis w tors wyższego chłopaka.- Oni mnie wykończą.
-Cii.- pogładził delikatnie włosy niższego chłopaka.- Uciekniemy.
-Obiecujesz?
-Obiecuję.- pocałował delikatnie jego czoło.- Bądź gotów jutro, w nocy uciekniemy.
Jak obiecał tak się stało. Następnej nocy uciekli razem.
~*~
Dwa miesiące temu.
Poszukiwania trwają. Nikt nie widział Louisa i Harry’ego od miesiąca. Jay jest przerażona, a pani Styles pociesza ją, jak tylko może, bo jej też jest ciężko.
Obaj uciekli z dala od cywilizacji. Zaszyli się w małej opuszczonej chatce przy morzu. Nikt tędy nie przechodzi, więc są wolni. Mogą być sobą. Harry dba o Louisa, jak tylko może, a Louis dba o Harry’ego i to jest najlepszy układ. Styles opowiedział mu wszystko o sobie. Mówił, jak jego ojciec alkoholik bił jego i mamę, jak pomimo przeciwności losu nie poddawał się oraz to, że cieszy się, iż uciekł z domu.
~*~
Czas teraźniejszy.
Siedząc na klifie wtuleni w siebie modlili się, by nikt ich nie znalazł. Wiedzieli jednak, że już za późno i za jakieś dziesięć minut ich mały świat, który zbudowali sobie przez te miesiące legnie w gruzach.
Wyznawali sobie miłość i obiecywali, że jak razem wzlecieli, tak razem upadną i nic im w tym nie przeszkodzi.
-Harry proszę cię nie puszczaj mojej dłoni.- wyszeptał Louis prosto do ucha chłopaka.
-Nie puszczę Lou.- na dowód ścisnął go mocniej.- Nie pozwolę im ciebie mi odebrać, nigdy.- powiedział z czułością, do jakiej Louis nie był przyzwyczajony.
-A ja nie pozwolę, żeby mi odebrali ciebie.- cmoknął lekko jego policzek i najmocniej, jak tylko potrafił wtulił się w tors zielonookiego.
- James widzę ich!- usłyszeli, jak jakiś mężczyzna woła z oddali. Nie przejęli się tym, bo mieli już plan na swoją nieśmiertelność i szczęście.
-Jesteś tego pewien?- zapytał kolejny raz Harry. Bał się, czy nie popełnią ogromnego błędu.
-Jestem, ale czy ty jesteś?- Lou spojrzał smutnym, ale zarazem szczęśliwym głosem na swoją miłość.
-Jeśli ty jesteś, to ja również. Kocham cię i pójdę za tobą nawet w ogień.- odparł najpoważniej, jak tylko umiał. Przycisnął swoje czoło do tego Louisa.
-Pójdziemy może nie w ogień, ale w przepaść bez powrotu.- ich oczy spotkały się po raz kolejny tego dnia.
-Są na klifie!- znowu ktoś zawołał.- James szybciej!
-Uważajcie na nich!- inny głos tym razem była to kobieta. Louis rozpoznał swoją mamę.
-Mamo!- krzyknął.
-Louis! Skarbie!- on był na końcu klifu, a Jay po drugiej stronie.
Byli coraz bliżej krawędzi przepaści w ciemne i groźne morze.
-Kocham cię mamo!- krzyknął, a pojedyncza łza spłynęła w dół jego twarzy.
-Ja ciebie też kocham!- płacz kobiety był tak rozpaczliwy, że nawet Harry zawahał się przez moment.
-Jesteś gotów?- zapytał Harry’ego, kiedy przeniósł wzrok na jego twarz.
-Tak, niech to się wreszcie skończy.- odparł bez zawahania.
-Przepraszam, mamo.- powiedział szeptem i obaj odwrócili się w stronę otwartego morza. Zrobili mały krok trzymając się za ręce.
-Louis, Harry! Nie! Stójcie, nie możecie!- Jay krzyczała tak głośno, jak tylko mogła, ale zagłuszały ją fale rozbijające się o ostre skały.
Zrobili kolejny krok.
W ich kierunku biegli policjanci, ale byli zbyt daleko, żeby zdążyć na czas.
Kolejny krok bliżej nieśmiertelności.
-Kocham cię Louis.- szepnął zielonooki, a jego wyznanie zabrał ze sobą wiatr.
-Kocham cię Harry.- odszepnął szatyn i w tym momencie złożyli na swoich ustach ostatni pocałunek.
Pozostał jeszcze jeden, jedyny, ostatni, malutki krok.
Ścisnęli mocniej swoje dłonie i razem spadli w dół. Stali się nieśmiertelni.


sobota, 4 lipca 2015

Sześć dni na miłość

Gdy już zaczyna się wszystko układać, to jedno słowo i jeden gest potrafią wszystko zepsuć i zrujnować przyszłość.
*Dzień pierwszy*
Promienie porannego słońca, które wpadało przez niezasłonięte okno, muskały skórę splątanych w żelaznym uścisku chłopców. Po długiej nocy, pełnej wyznań miłości i pożądania, nareszcie mogą być nawzajem swoim oparciem. To wczoraj wyznali sobie miłość oraz to wczoraj dowiedzieli się, że Harry niedługo wyjeżdża i pozostało im jedynie sześć dni.
Louis ziewnął i przetarł pięścią oczy. Był dumny, że to jemu pierwszemu Harry oddał się w całości. Przypomniał sobie, jak błądził ustami po cudownym ciele Loczka oraz to, jak w niego wchodzi, a chłopak krzyczy jego imię.
Na jego twarzy pojawił się rozmarzony uśmiech i nawet nie zauważył kiedy zaczął bawić się loczkami Hazzy.
Gdy spojrzał na swojego chłopaka, jak cudownie było go tak nazywać, zobaczył, że on już nie śpi, więc złożył na jego ustach czuły i delikatny pocałunek.
-Witaj księżniczko.- wymruczał mu do ucha, na co ten się zarumienił.
-Cześć Lou.- powiedział drżącym głosem.- Dlaczego już nie śpisz?
-Obudziłem się wyspany, bo obudziłem się przy tobie.- pocałował go w czoło.- A ty dlaczego już nie śpisz?
-Muszę do łazienki.- Harry wstał z łóżka i podążył do łazienki, ale sprawnie uniemożliwiał mu to ból, Louis ostrzegał, że nie będzie mógł chodzić. Usłyszał za plecami donośny śmiech chłopaka, więc wypiął dumnie pierś i pewnym lecz nadal bolesnym krokiem, ruszył przed siebie.
Około dziesiątej zjedli śniadanie, które przygotował Harry, a później zajęli się sobą. Oglądali filmy, a międzyczasie całowali się. Chcieliby tak już zawsze, codziennie budzić się w swych objęciach, jeść razem śniadania oraz zwyczajnie posiedzieć przed telewizorem. To było wszystko, czego aktualnie chcieli. Takie nic, a jednak coś wielkiego.


*Dzień drugi*
-Boję się Harry.- Louis przełknął ciężko ślinę i odwrócił się w stronę swojego chłopaka.- Co jeśli umrzemy?
-Spokojnie Lou, nic nie może się nam stać.- Styles pocieszająco potarł kciukiem dłoń niebieskookiego.
Chcieli przezwyciężyć strach, więc wybrali, że najlepszym sposobem na to jest skok na bungee. I właśnie stoją na najwyższym moście w Londynie i próbują nie poddać się panice i skoczyć. Cały czas wmawiają sobie, że są zabezpieczeni i nic im się nie stanie, jednak nadal jest to ‘Gdyby’, ‘gdyby lina się urwała’, ‘gdyby byli źle przypięci’ to, co wtedy?
Louis ścisnął mocniej dłoń Harry’ego i rozpoczęli odliczanie.
-Na trzy?- szepnął, niebieskooki.
-Na trzy.- chłopak potwierdził skinieniem.
-Raz…- mała dłoń Louisa drżała.
-Dwa…- Harry ściskał drżącą dłoń niższego chłopaka coraz mocniej.
-Trzy!- krzyknęli razem i skoczyli trzymając się za ręce.
Tomlinson nie mógł uwierzyć, że to zrobił. Skoczył na bungee i to z osobą, którą kocha, z osobą, która wkrótce go opuści. Louis nawet nie zauważył, kiedy znaleźli się na dole, zorientował się dopiero wtedy, gdy Harry rozluźnił uścisk swojej dłoni.
-Udało nam się, zrobiliśmy to, Lou.- powiedział wstrząśnięty Harry, a starszy chłopak przywarł do jego ust swoimi. Całowali się wolno i delikatnie, to było romantyczne. Można powiedzieć, że takie właśnie było marzenie Louisa, pocałować osobę, którą kocha się najbardziej na świecie w taki sposób, by pokazać, co tak naprawdę czuje i zrobił to.
-Kocham cię Harry.- szepnął prosto w usta chłopaka.
-Ja ciebie też skarbie.- przytulili się, a ich ciała idealnie do siebie pasowały.

*Dzień trzeci*
To był ciepły wieczór, gdy Harry i Louis spacerowali po parku. Obaj lubili takie spacery, podczas których byli sobą i rozmawiali o wszystkim, a nawet, jeśli milczeli to było przyjemne, bo byli nareszcie razem.
-Wiesz, czasami zastanawiam się, dlaczego tak wielu ludzi nie wierzy w prawdziwą miłość?- powiedział Louis.
-Może, dlatego, że nigdy jej tak naprawdę nie doświadczyli.- zasugerował Harry. – My na szczęście mamy siebie i kochamy się. Ale nie wszyscy mają to szczęście, jedni zostali boleśnie przez kogoś skrzywdzeni, a inni się po prostu boją.
-Czego się niby boją? Miłość jest cudowna.- niższy chłopak zatrzymał się i czekał na odpowiedź Loczka.
-Boją się zostać zranieni, samotni. Boją się, że nie są wystarczająco dobrzy dla tej wyjątkowej osoby.- nabrał powietrza.- Boją się, że to tylko sen i wkrótce się z niego wybudzą, a czar pryśnie, jak mydlana bańka i nic im nie pozostanie.
-A ty się boisz?- niebieskooki patrzył w oczy swojego chłopaka.
-Cholernie się boję Lou. Boję się, że znajdziesz sobie kogoś lepszego ode mnie i zostanę sam. Jednak bardziej boję się tego, że to ja zrobię coś, co zrani ciebie i będę patrzył na twoje łzy.- zakończył, a po jego policzkach stoczyły się dwie łzy.
-Nie masz się, czego bać, słyszysz? Jestem tutaj i cię nie zostawię, nigdy.- przytulił chłopaka najmocniej, jak tylko umiał i całował jego czerwone od płaczu policzki.- Nikt nie jest idealny Hazz, bo świat z samymi ideałami byłby nudny. Fajnie, jest mieć kilka wad, a jeszcze fajniej jest znaleźć człowieka, który podejmie to wyzwanie i spróbuje się ich pozbyć, pamiętaj Harry, przeciwieństwa się przyciągają, moja wada to twoja zaleta i na odwrót.
Na koniec jeszcze mocno się przytulili i spacerowali dalej, podziwiając gwiazdy i księżyc w pełni.

*Dzień czwarty*
W taki deszczowy dzień, jak ten normalny człowiek siedziałby w domu pod kocem, ale
Louis i Harry zdecydowanie nie byli w pełni normalni. Akurat dziś wybrali się na wycieczkę rowerową i akurat dziś rower Stylesa się zepsuł, dokładnie dwie godziny drogi od domu. Obaj byli już przemoknięci i zmarznięci, ale szli pchając swoje rowery i śmiejąc się tak głośno, jak się tylko dało. Louis też prowadził swój rower, bo nie chciał, żeby Harry’emu było smutno.
Gdy zaczęli śpiewać piosenkę, którą obaj kochali, uśmiechnęli się do siebie.
‘So I could take the back road
But your eyes’ll lead me straight back home
And if you know me like I know you
You should love me, you should know’*
Gdy usłyszeli pierwszy grzmot obaj zamilkli, a uśmiech zszedł im z twarzy, ale po chwili Harry znowu zaczął śpiewać.
‘That friends just sleep in another bed
And friends don’t treat my like you do

Well I know that there’s limit to everything’*
Louis skończył.
‘But my friends won’t love me like you
No, my friends won’t love me like you’*
Zatrzymali się w tym samym momencie i odrzucili rowery na bok. Teraz liczyła się tylko ta chwila i oni. Podeszli do siebie, a Harry objął Louisa w pasie. Ten stanął na palcach i szepnął w usta chłopaka.
-Nie, moi przyjaciele nie pokochają mnie tak, jak ty.- złączyli swoje usta. To był tak zwany romantyczny pocałunek w deszczu i śmiało mogli przyznać, że to jest prawda, co mówią ludzie. Ten pocałunek, był inny od innych, był magiczny.

*Dzień piąty*
To już jutro Harry wyjeżdża, więc pani Tomlinson urządza pożegnalną kolację dla Harry’ego, Gemmy i Anne.
Louis chciał wyglądać perfekcyjnie dla Harry’ego, więc już o czwartej popołudniu rozpoczął przygotowania. To nic, że kolacja miała się odbyć dopiero o siódmej, bo on już teraz brał kąpiel i szukał najlepszego ubrania, jakie tylko miał.
Równo o siódmej zjawili się wyczekiwani goście i Louis mógł nareszcie przytulić Harry’ego. Nie mogli się pocałować, bo nikt o nich nie wiedział, chociaż Gemma mogła się czegoś domyślać, ale nic nie mówiła. Nikt nawet nie wiedział, że są gejami i nie mieli pojęcia, jak ich rodziny zareagują na taką wiadomość.
Po kolacji siostry Louisa zaatakowały Gemmę, żeby się z nimi pobawiła, a obie matki sprzątały po kolacji, więc obaj udali się na balkon, w pokoju Louisa. Usiedli wygodnie opierając się o ścianę, siedzieli tak dłuższą chwilę w milczeniu.
-Nie chcę, żebyś wyjeżdżał.- powiedział niebieskooki wtulając się w ramię chłopaka.
-Ja też tego nie chcę.- Harry objął ramieniem starszego chłopaka, bo miał wrażenie, że ten zaraz się rozpłacze.
-Obiecaj, że będziesz pisał.- powiedział stłumionym przez tors zielonookiego głosem.
-Obiecuję Lou, obiecuję.- pogłaskał jego ramię i pocałował go w czoło.- Kocham cię.
-Ja ciebie też kocham.
Siedzieli tak wtuleni jeszcze przez jakiś czas aż pani Styles nie oznajmiła, że muszą już iść i chłopcy zobaczą się jutro przed wyjazdem. Tak, więc Louis resztę wieczoru spędził sam ze swoimi przytłaczającymi myślami.

*Dzień szósty*
Lotnisko dzisiaj było bardzo zatłoczone, a lot do Los Angeles miał się odbyć za dwie godziny. Rodzina Harry’ego czekała na odprawę, a on sam zniecierpliwiony czekał na Louisa.
Chłopak miał tu być już pół godziny temu, a zielonooki zaraz ma odprawę. Gdy nareszcie dostrzegł biegnącego w jego stronę chłopaka odetchnął z ulgą, zauważył, że Louis trzyma w rękach pluszowego misia z jakąś karteczką, a gdy podbiegł do Harry’ego, ten przytulił go z całych sił, starając się hamować łzy.
-Przepraszam za spóźnienie Hazz, były korki.- tłumaczył się Tomlinson, ale dla zielonookiego było ważne, że tutaj dotarł  przed wylotem.
-Ważne, że jesteś Lou, zaraz mam odprawę, więc chyba musimy się pożegnać.- szepnął, a jedna łza spłynęła po jego policzku.
-Nie płacz Hazz, to dla ciebie. Niech ten miś ci o mnie przypomina.- podał mu misia i z, jak się okazało kopertą.- W środku jest nasze wspólne zdjęcie i karteczka ode mnie.
-Dziękuję Louis, ale nie musiałeś.- zaczął protestować Harry, ale chłopak mu przerwał.
-Musiałem, a teraz mnie pocałuj ten ostatni raz, bo musisz iść.- tak , jak chciał tak się stało. Całowali się po raz ostatni, w tym pocałunku odzwierciedlały się wszystkie ich uczucia: miłość, smutek, żal oraz tęsknota.- Kocham cię Harry, pamiętaj.
-Ty też pamiętaj, że ja ciebie kocham.- powiedział i w tym samym czasie kobiecy głos zawołał wszystkich pasażerów czekających na lot do LA na odprawę. Harry przytulił jeszcze Louisa i odszedł w stronę swojej rodziny. Odwrócił się jeszcze, by pomachać chłopakowi i z łzami w oczach wszedł na pokład samolotu.
Louis stał jeszcze chwilę na lotnisku, tępo wpatrując się w przejście, za którym zniknął Harry. Teraz już nie hamował łez, a pozwolił im powoli płynąć po swoich policzkach.

------------------------------------------------------------------------------------------
* Friends- Ed Sheeran